Zwierzenia opiekunki: Poduszka


Pani Maria jest po dwóch udarach, z jednostronnym niedowładem. Miałam u niej dwie godziny wieczorem. Zrobiłyśmy kolację, umyłyśmy się, przyszedł czas na ścielenie łóżka. Ponieważ byłam pierwszy dzień, poprosiłam aby cierpliwie tłumaczyła mi jak i co mam układać.

Najpierw rozłożyłam wersalkę, potem materac przeciwodleżynowy, prześcieradło, kołdrę i przyszedł czas na poduszkę.
Niby nic…

Swoją czasami po prostu rzucam, dopasowując dopiero gdy położę na niej głowę. Jeszcze nie położyłam poduszki i słyszę jak pani Maria z wysokości wózka, obserwując każdy mój ruch, mówi: „bardziej w prawo”. Kładę więc bardziej w prawo, „trochę wyżej” – przesuwam wyżej, „w lewo odrobinkę” – układam bardziej w lewo. „Nie, nie, trochę za bardzo” – staram się więc przesunąć w pół drogi między wcześniejszym „bardziej w prawo” a późniejszym „trochę w lewo”.

Układanie poduszki trwało 40 minut. Przez trzy kolejne dni było dokładnie tak samo. Potem, nie dlatego że nauczyłam się ją kłaść w idealnym miejscu, bo to raczej niemożliwe, a ponieważ pozwoliłam jej decydować, poświęciłam więcej uwagi, słuchałam, byłam cierpliwa i uśmiechnięta, zawsze już było dobrze!

Układając 30. raz poduszkę pani Marii myślałam tylko o tym, że musi ona wytrzymać na niej do rana, bez możliwości poprawienia się i czy aby sama na pewno nie układałabym jej rękami opiekunki dwa razy dłużej.