Zwierzenia opiekunki: Ku pamięci Pani Stasi

Na tę opowieść warto poświęcić kilka minut swojego życia. Niezwykle wzruszająca historia pięknej przyjaźni.

Kiedy po raz pierwszy spotkałyśmy się z panią Stasią, miała 82 lata i była bardzo schorowana. Trochę przez czasy w jakich przyszło jej być dzieckiem, a trochę przez wiek.

Lata bardzo wczesnej młodości to czas II wojny światowej. Rodzice wykopali mały bunkierek w skarpie przy rzece i tam, razem z dziećmi i sąsiadami, chowali się w czasie bombardowań. Podczas jednego z nich pocisk spadł na tyle blisko, że Stasia zemdlała. Ocknęła się w ramionach mamy, która, choć nieżywa, wciąż tuliła córkę do siebie.

Z dziewięciu osób przeżyła tylko ona, trzynastoletnia dziewczynka. Wybuch nie tylko okaleczył jej słuch, ale także czaszkę. Trafiła do kieleckiego szpitala, który mieścił się w dzisiejszym Wyższym Seminarium Duchownym. Leczenie trwało długo. Najpierw głowa, potem tyfus, gruźlica…

Kiedy wreszcie została wypisana, z małym tobołkiem kilku osobistych rzeczy rozpoczęła walkę o przetrwanie. Pukała do wielu drzwi i prosiła, by przyjąć ją na służbę. W końcu udało się w piekarni na ulicy Dużej. Jak sama mówiła: – Byłam takim „przynieś, wynieś, pozamiataj” ale dzięki tym ludziom miałam dach nad głową, miskę pełną i skończyłam szkołę.

Usłyszałam wiele historii z życia pani Stasi. Niektóre opowiadała po trzy, cztery razy, ale słuchanie ich ciągle sprawiało mi ogromną przyjemność. Nie tylko dlatego, że uwielbiam „czytać” te życiowe księgi. Pani Stasia z każdą opowieścią przypominała sobie nowe fakty, ludzi, miejsca i sytuacje. Natomiast opowiadając o mamie, zawsze pięknie błyszczały jej oczy.

Pozwoliła mi wejść do swojego życia i obdarzyła zaufaniem. Byłam z nią trzy lata – z tą cichą, starą kobietą okaleczoną przez wojnę, chorującą na białaczkę, zaćmę, arytmię, która jednocześnie nigdy się nie skarżyła. Niekiedy miałam wrażenie, że to ona opiekowała się mną: codziennie pytała: – Jadłaś? Wszystko w porządku?

Do dzisiaj mam prezent od mojej kochanej pani Stasi. Zawsze zimą mam zimne ręce, chociaż bez rękawiczek nigdy nie ruszam się z domu. Tak też było tamtego dnia, kiedy weszłam do jej mieszkania, a ona stała przy drzwiach i złapała mnie za ręce. Stwierdziła, że tak dłużej nie może być, podeszła do szafy i wyjęła rękawice. Trochę na mnie za duże, trochę zniszczone. Ale podarowane z taką troską, sercem… i lekko podniesionym głosem, kiedy broniłam się przed ich przyjęciem. Dla mnie są to najcudniejsze rękawice świata.

Chociaż nie mogła wychodzić już z domu, któregoś roku wspomniała, że bardzo chciałaby iść na procesje Bożego Ciała. Zaraz jednak stwierdziła, że jest to przecież niewykonalne i z pokorą pogodziła się z losem. Tyle tylko, że dla mnie nie ma słowa „niewykonalne”. Nie mówiąc nic, zaczęłam kombinować, jak spełnić marzenie tej kobiety i oczywiście się udało! Wypożyczyłam wózek, poprosiłam dwóch rosłych zaprzyjaźnionych panów do sprowadzenia jej z pierwszego piętra i ze wzruszoną Panią Stasią przeszłyśmy cała procesję. Tego szczęścia, które w niej zakwitło nawet nie próbuję opisać, bo to po prostu niemożliwe.

Pani Stasia nie miała swoich dzieci. Na trzy lata adoptowała mnie i połączyła nas szczególna więź. Moja kochana, dzielna, cicha, pokorna, pięknie pomarszczona staruszka Stasia… Już zawsze będzie w moim sercu.

Dziś ją pożegnałam…